30 kwietnia 1945 roku Adolf Hitler popełnił samobójstwo. W jednym z ostatnich dekretów mianował kanclerzem admirała Karla Doenitza. Ruszyło domino kończące na zachodzie II wojnę światową. Cztery dni później Wermacht kapitulował w Holandii, Danii i północno-zachodnich Niemczech. 7 maja (a na „życzenie” Stalina i 8) podpisano bezwarunkową kapitulację.

Dla jednych był to koniec pięcioletniej wojny, żołnierze złożyli broń i mogli zająć się odbudową. W Polsce kapitulacja Niemiec wcale nie oznaczała odzyskania niepodległości. Trafiliśmy do bloku państw komunistycznych – na kolejne prawie półwieku niewoli.

Wielu z walczących nie pogodziło się z takim losem. Poznali komunistów podczas akcji „Burza” kiedy ponad 100 000 żołnierzy i oficerów AK wspierało Armię Czerwoną w marszu na Berlin. Stalin z wielką chęcią poświęcał naszą krew – najpierw w walce, potem w mordowniach NKWD.

Ci, którzy nie zgadzali się z nową rzeczywistością szli do lasu. Tworzyli oddziały partyzanckie, które stawiając sobie najróżniejsze cele walczyły (głównie) z nową władzą. Przez wiele lat byli wymazani z historii, wyklęci przez władzę – dlatego współcześnie nazywamy ich żołnierzami wyklętymi – ale ta opowieść nie będzie o nich


Przeczytaj również: „Najlepszą obroną jest atak” Jak to nasi żołnierze wkroczyli do Rzeszy podczas kampanii wrześniowej 1939. 


Żołnierze leśni

Nie tylko w Polsce byli żołnierze, którzy nie pogodzili się z zaistniałą sytuacją. Na terenach Estonii, Łotwy czy Litwy również pojawiły się oddziały partyzanckie. Podobnie jak nasi wyklęci wielu z nich walczyło przeciwko komunistom, ze względów patriotycznych i narodowościowych. Jednak oczywiście nie wszyscy – wielu poszło do lasu obawiając się osądzenia czynów dokonanych przez nich podczas wojny – czystek etnicznych, pogromów ludności żydowskiej czy kolaboracji z nazistami. Jeszcze inni nie mieli wyboru – albo las albo wcielenie do Armii Czerwonej. Wraz z rozwojem komunizmu dołączali do nich rolnicy opierający się kolektywizacji oraz coraz to szersze grono „wrogów” ustroju.

Jonas Neifalta „Lotnik” – on i jego oddział stały się symbolem walki partyzanckiej w krajach bałtyckich. Jonas walczył najpierw z Niemcami potem Rosjanami. W 1945 roku, już po zakończeniu działań wojennych oddział NKWD zaatakował jego drużynę. Walki trwały do skończenia się amunicji, wtedy dowódca zarządził próbę przebicia przez kordon. Stracili ponad połowę towarzyszy, w tym żonę dowódcy. Reszta zginęła pół roku później, również w wyniku akcji NKWD, w stodole.

Stasys Guiga „Tarzan” – ostatni partyzant litewski, walczył do swojej śmierci w 1986 roku (miał wtedy 66 lat). Nie dał się komunistom, zmarł na zapalenie płuc – ponad 40 lat po wojnie obawiano się sprowadzić lekarza do partyzanta.

August Sabbe – był ostatnim walczącym partyzantem estońskim. Zginął w 1978 roku – utonął w rzece, próbując uciec przed KGB.

Żołnierze
Tablica wmurowana przed byłą siedzibą KGB w Wilnie – wymienieni zostali żołnierze podziemia zamordowani w tym budynku

Szacuje się, że w latach 1944 – 1956 partyzantka Litwy, Estonii i Łotwy sięgała ponad 100 000 żołnierzy. Liczba ta wydaje się duża, jednak zastawiając ją z możliwościami Armii Czerwonej – szybko zmienia się zdanie. Partyzanci również zdawali sobie z tego sprawę, dlatego ich sposób walki zmieniał się wraz z upływem czasu. Coraz mniej było ataków na żołnierzy a coraz częściej ginęli cywile. Tym samym poparcie ich wśród społeczeństwa drastycznie spadało.

Żołnierze przeklęci

W Polsce UPA kojarzy się jednoznacznie – ludobójstwo na Wołyniu. Jednak na Ukrainie organizacja ta odznaczyła się również innymi „dokonaniami w walce o wolna Ukrainę”. Podobnie jak leśni bracia taki UPA stanęło przeciwko Armii Czerwonej. W maju 1945 roku (dopiero!) podpisano pokój pomiędzy UPA a podziemiem poakowskim – zdecydowano, że komuniści to większy wróg.

Przez podziemie UPA przeszło nawet 100 000 ludzi, kilkaset tysięcy wspierało ich w walce. Historykom do tej pory trudno oszacować straty w walce z Armią Czerwoną, szacuje się że zginęło około 150 tys Ukraińców a kilkaset tysięcy wywieziono.

Podobnie jak w Polsce, Estonii, Litwie czy Łotwie, zorganizowane oddziały funkcjonowały do lat 50 XX wieku a ostatnie starcie oddziału UPA i wojsk sowieckich miało miejsce w 1960 roku.


Przeczytaj o bohaterskiej obronie miasteczka na Wołyniu. Polacy dali schronienie kilkunastu tysiącom uciekinierów, zorganizowali swoje oddziały, broń i nie ulegli nacierającym przeciwnikom.


Żołnierze wilkołaki

Po upadku powstania warszawskiego w ręce SS trafiło archiwum Armii Krajowej. Bazując na tych dokumentach udało się odtworzyć strukturę podziemnego państwa. Wraz z końcem wojny wiedza ta bardzo się przydała do stworzenia organizacji „Werwolf”.

Już jesienią 1944 roku rozpoczęto przygotowywanie oddziałów sabotażowych – które miały działać na terenach „tymczasowo” oddanych w ręce wroga. Niemcy doskonale wiedzieli jak skuteczne mogą być takie oddziały – podczas marszu na wschód boleśnie to odczuli, partyzanci bardzo sprawnie paraliżowali dostawy żywności, broni i żołnierzy.

Na przełomie 1944/45 rozpoczęły się szkolenia dla ochotników z SS, SD, Wermachtu, Hitlerjugend i Związku Niemieckich Dziewcząt. Równocześnie zakładano zakonspirowane magazyny broni i punkty łączności. 1 kwietnia 1945 roku w przemówieniu radiowym Goebbels mówił o „cudownej broni” i „gigantycznej armii podziemnej”. Głównym założeniem wilkołaków była walka na zaanektowanych przez zwycięzców ziemiach – co się okazało, zachód nie odcięli sobie Niemiec. Największym wrogiem stała się Polska i „ziemie odzyskane / odebrane”.

Żołnierze
zdjęcie: turystykalokalna.pl

Istnieje bardzo mało rzetelnych źródeł wspominających o wilkołakach. Polscy historycy wiążą liczne zamachy przeprowadzone przez organizację z …. propagandą PRLu. Wskazują, że Werwolf był narzędziem do zastraszenia społeczeństwa i utrzymania nienawiści do sąsiedniego kraju.


Zapraszam do przeczytania wpisu „Solidarność w klapie Leninia”. Opowieść o „Kolumbach rocznik 50” – tysiącach ludzi, którzy narażali się i swoje rodziny w imię walki o wolną Polskę. O tym jak walczyli, cierpieli i jak później zostali zapomnieni.


Żołnierze oburzeni

Sierpień niespecjalnie udał się walczącej Japonii. Przegrywali od dłuższego czasu jednak nie chcieli się poddać. Potem zrzucono na nich dwie bomby atomowe a dodatkowo ZSRR wypowiedziało im wojnę i wkroczyło do Mandżurii.

Pomimo tragicznej sytuacji wojskowi opowiadali się za dalszą walką. Jednak cesarz postanowił inaczej, szokując całe otoczenie. 14 sierpnia 1945 roku wygłosił orędzie, przygotowujące naród do kapitulacji – a ta nastąpiła 2 września na pancerniku USS „Missouri”.

Japonia trafiła pod okupację wojsk sojuszniczych, przewodniczącym został przedstawiciel USA. Narzucono jej nową konstytucję oraz całkowicie zlikwidowano i zakazano tworzenia sił zbrojnych.

Miliony Japończyków odetchnęło z ulgą wierząc, że koniec wojny, nawet przegranej przyniesie im wytchnienie. Jednak setki żołnierzy, indoktrynowanych ale również wierzących w cesarza i Japonię nie potrafiło pogodzić się z kapitulacją. Widzieli w tym okupację swojego kraju, wykorzenienie ich kultury i praw na rzecz narzuconej przez obcy naród ideologii.

Hirō Onoda należy do grona najsłynniejszych żołnierzy II wojny światowej. O ile przywoływani wcześniej leśni ludzie czy nasi wyklęci pogodzili się z faktem zakończenia działań wojennych i świadomie kontynuowali partyzantkę w nowych realiach tak Hirō wraz z towarzyszami nie złożył broni wraz z kapitulacją Japonii – nie uwierzyli. Dodatkowo obowiązywały ich rozkazy zakazujące poddawania się – mieli zginąć lub popełnić samobójstwo.
Japończycy napadali na filipińskie wioski do 1974 roku. Od lat 50-tych lokalne władze zrzucały na tereny, gdzie prawdopodobnie znajdowali się partyzanci, zdjęcia ich rodzin, listy towarzyszy broni oraz informacje o zakończeniu wojny. Nic to nie pomogło, nadal nie wierzyli.

W 1974 roku Hirō był już sam, ostatni jego towarzysz zginął dwa lata wcześniej zastrzelony przez policję. Wtedy to został odnaleziony przez Norio Suzuki, zafascynowanego historią ostatniego żołnierza. Jak mówił, udał się do filipińskich lasów

Chciałem znaleźć porucznika Onoda, pandę oraz Yeti – dokładnie w takiej kolejności

żołnierze

Suzuki i Onoda – zdjęcie wykonane po odnalezieniu partyzanta

Udało się znaleźć tego pierwszego, mężczyźni szybko zostali przyjaciółmi, jednak Onoda nadal odmawiał złożenia broni. Stwierdził, że zrobi to dopiero kiedy otrzyma rozkaz od swojego dowódcy. Szczęśliwie Japończycy są długowieczni i udało się go odnaleźć, jako pracownika w księgarni. Mężczyźni spotkali się w kryjówce partyzanta, który po otrzymaniu rozkazu o kapitulacji odłożył swój karabin, po 29 latach walki.


Zapraszam do wpisu o jedynej bitwie II wojny światowej na kontynencie amerykańskim. O zajęciu terytorium USA przez Japonię i o krwawym odbiciu: Wyspy na końcu świata: Wojna na Pacyfiku


Żołnierze zamknięci

Ostatnią grupą walczących podczas II wojny światowej, którzy niespecjalnie odczuli jej zakończenie byli jeńcy wojenni. Amerykanie na wschodzie zatrzymali do końca 1946 roku ponad 70 000 jeńców – wykorzystywali ich do likwidacji instalacji wojskowych, naprawy zniszczeń. Podobnie robili Brytyjczycy – 113 500 jeńców pracowało pod ich rozkazami, ostatnich zwolniono 2 lata po zakończeniu wojny. Co ciekawe, wielu z nich zostało ponownie uzbrojonych i wysłanych do Indii Wschodnich i Indiochin. Pomagali wojskom Francji i Wielkiej Brytanii przywracać ich dominację kolonialną. Podobnie robili komuniści w Chinach – około 60 tys. walczyło w Chinach do października 1949 roku. Szacuje się, że na wschodnim teatrze II wojny światowej, już po wojnie zginęło ponad 81 tys Japończyków wziętych do niewoli.

Jeśli już mówimy o „wiecznych” jeńcach nie może zabraknąć Reinharda Kunze – w 1943 roku został wcielony do Hitlerjugend. Gdy został schwytany podczas zdobywania Berlina w 1945 miał zaledwie czternaście lat.  Został następnie oskarżony o wykonanie egzekucji na jeńcu Jakowie Dżugaszwili, synu Stalina. Dyktator osobiście wydał rozkaz, że niezależnie od tego kiedy zostaną zwolnieni inni więźniowie, morderca jego syna ma spędzić w obozie resztę swego życia. Po upadku ZSRR rozkaz nadal był utrzymywany w mocy.

żołnierze
Wilhelm ‚Willi’ Hübner, jeden z najmłodszych żołnierzy udekorowanych krzyżem żelaznym

Rosyjski rząd w 2014 roku, jak podaje oficjalny komunikat „w akcie dobrej woli” uwolnił Reinharda z niewoli (przetrzymywany był w szpitalu psychiatrycznym). Uwięziony jako czternastolatek, odzyskał wolność jako 69-letni mężczyzna.

Szacuje się, że nawet 3 000 000 Niemców zostało schwytanych i więzionych w Rosji. Po podpisaniu kapitulacji alianci zgodzili się na zapłatę części rosyjskich zniszczeń wojennych poprzez… pracę więźniów. Oficjalnie ostatni zostali zwolnieni w 1956 roku jednak wiadomo, że nie była to prawda. Dokumenty NKWD mówią o śmierci 381 tysięcy jeńców już po 56 roku. Jednak historycy szacują, że liczba ta mogła sięgać nawet miliona ludzi.


Dla chcących wiedzieć więcej:

Zostaw po sobie ślad!