Shackleton rzucił na lód złotą papierośnicę. Chwilę później obok leżały inne drogocenne przedmioty. Członkowie załogi ze strachem patrzyli, jak dowódca sięga po Biblię, ofiarowaną przed wyprawą przez samą królową Aleksandrę. Mężczyzna przekartkował, szukając odpowiednich fragmentów, następnie wyrwał psalm dwudziesty trzeci oraz stronę z Księgi Hioba.

Zima nadciąga z północy mróz dany z tchnienia Bożego i ścięta lodem powierzchnia wody

Delikatnie ułożył Księgę obok pozostałych przedmiotów i bez słowa odszedł, pozostawiając milczącą załogę. Każdy z dwudziestu siedmiu mężczyzn podchodził do leżących przedmiotów i dorzucał swoje, książki, pamiątki, rodzinne skarby, niepotrzebne bibeloty. Doskonale zdawali sobie sprawę, że ich przetrwanie uzależnione jest nawet od takich drobiazgów.


4 sierpnia 1914 roku, dzień w którym Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom.

Sir Ernest Shackleton wyciągnął ręce po wręczaną mu przez rodzinę królewską Biblię oraz banderę Union-Jacka. Było to zwieńczenie jego czteroletnich starań o zdobycie finansowania, zaopatrzenia oraz statków na jego śmiałą wyprawę. Nie był jednak tak radosny jakby chciał. Europa pogrążała się w wojnie, Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii, Niemcy – Rosji i Francji, Wielka Brytania – Niemcom. Ci, którzy jeszcze nie opowiedzieli się po którejś stronie konfliktu, mobilizowali swoje armie – stary ład pękał, każdy sięgał po broń i próbował rozeznać się w skomplikowanej sieci układów i paktów.

W takiej atmosferze, Shackleton miał wyruszyć w największą podróż swojego życia, zabierając załogę składającą się z młodych mężczyzn, którzy mogli walczyć w obronie ojczyzny. Wiedział, że może to nie zostać odebrane pozytywnie, nawet mimo błogosławieństwa króla.

Po oficjalnej ceremonii, gdy trwał załadunek, zebrał swoją załogę i oświadczył im, że los wyprawy składa w ręce admiralicji. Za zgodą załogi wysłał telegram z prośbą o decyzję. Po gorączkowym oczekiwaniu przyszła krótka odpowiedź:

„Wyruszajcie”

Dwie godziny później, dostali również dłuższy telegram od pierwszego lorda admiralicji Winstona Churchilla. Informował on, że rząd życzy sobie, aby wyprawa doszła do skutku. Z takim błogosławieństwem „Endurance” mogło spokojnie wyruszyć w kierunku pierwszego portu – Montevideo w Ameryce Południowej.


Przeczytaj również: Pancho Villa, terrorysta czy bohater. Walczył o wolność swojego kraju, najechał terytorium USA, zaatakował jedno z miasteczek. W ślad za nim ruszyło wojsko amerykańskie.


Ostatnia wielka wyprawa

 Na początku XX wieku, w większość wielkich miejsc, które można było zdobyć, powiewała już flaga któregoś z państw. 6 kwietnia 1909 amerykański wojskowy Robert Edwin Peary zdobył biegun północny, w 1911 norweski badacz, Roald Amundsen staje na biegunie południowym. Dumna z odkryć Wielka Brytania została upokorzona przez Stany Zjednoczone oraz Norwegię. Aby odbudować honor imperium, Sir Ernest Shackleton, doświadczony podróżnik zaproponował śmiałą wyprawę mającą na celu przejście Antarktydy od Morza Weddella do Morza Rossa przez biegun. Plan zakładał, że przejdą na nartach prawie 3000 kilometrów.

Jest to ostatnia wielka wyprawa polarna, jaką można jeszcze przedsięwziąć. Będzie to wyprawa większa niż do bieguna i z powrotem. Uważam, że to naród brytyjski musi ją zorganizować, gdyż ponieśliśmy porażkę przy zdobywaniu bieguna północnego i zostaliśmy pobici w czasie pierwszego zdobycia bieguna południowego. Obecnie pozostaje nam już tylko największa i najtrudniejsza ze wszystkich wypraw – przebycie kontynentu.

Shacklteon zaplanował, że wyprawa dotrze do Morza Weddella a następnie wysiądzie w pobliżu Vahsel Bay, około 78° szerokości południowej i 36° długości zachodniej. Ekspedycja lądowa miała liczyć sześciu ludzi, sanie i siedemdziesiąt psów. Aby uniknąć powtórzenia porażki wyprawy z 1907 roku, kiedy to 180 kilometrów od bieguna południowego podróżnik musiał zawrócić, gdyż skończyło się jedzenie, tym razem zdecydowano się na przygotowanie odpowiednich magazynów. W tym celu drugi statek miał wpłynąć do McMurdo Sound na Morzu Rossa, po drugiej stronie kontynentu i wysadzić drugą grupę. Jej członkowie mieli na trasie założyć specjalne schowki z żywnością, które druga grupa będzie wykorzystywać idąc od bieguna.

Powołana została Imperialna Ekspedycja Transantarktyczna, przez cztery lata zbierane były fundusze na zakup pożywienia, wyposażenia oraz oczywiście statków. Statki były najważniejsze, dlatego celowano w najlepsze. Pierwszy z nich, weteran dwóch wypraw antarktycznych, „Aurora” został zakupiony od  sir Douglasa Mawsona, słynnego australijskiego podróżnika. „Aurora” miała dostarczyć drugą ekipę oraz pożywienie do schowków.

Drugim okrętem, zwodowanym w 1912 roku był „Polaris”,najprawdopodobniej jeden z najmocniejszy drewnianych statków w tamtych czasach. Wyposażony maszynę parową o mocy 350 koni mechanicznych, osiągał prędkość do 10,2 węzłów. Długi na 44 metry, szeroki na 8. Gdy stał się własnością Shackletona, ten przemianował go na „Endurance”, nawiązując do motta swojego rodu „Zwyciężymy wytrwałością” (Fortitudine Vincimus).

W kwestii skompletowania załogi nie było problemu. Na wieść o zaciągu, Shackleton dostał prawie 5000 zgłoszeń (w tym trzech kobiet). Przy wyborze kierował się tylko swoją intuicją. Czasami rozmowa rekrutacyjna trwała dosłownie 3 minuty, po których decydował o przyjęciu lub nie.

Dwudziesty ósmy pasażer

„Endurance” wypłynął z Anglii w sierpniu 1914 roku i skierował się do portu Montevideo. Tam załoga miała czekać na przybycie podróżnika, który został dopinać sprawy finansowe. Po połączeniu się wszystkich uczestników wyprawy, doszło do małej zmiany. Shackleton wyrzucił jednego z marynarzy, który według niego był zbyt leniwy. W zamian przyjął szukającego zaokrętowania brytyjczyka Williama Bakewella, który „zgubił” swój statek. Nie miał już miejsca dla jego przyjaciela Percea Blackboro.

W Październiku 1914 roku, wyprawa skierowała się do Grytviken na Georgii Południowej. Znajdował się tam port wielorybniczy, stanowiący ostatnią ostoję cywilizacji przed lodami południa. Gdy statek był już w dużym oddaleniu od ziemi, na pokład wyszedł pasażer na gapę – Blackboro. Shackleton ciskał gromy, wrzeszczał, jednak zdawał sobie sprawę, że nic to nie pomoże, odpłynęli zbyt daleko.

– Ostatecznie – zagrzmiał – jeśli skończy się nam żywność i trzeba będzie kogoś zjeść, ty będziesz pierwszy! Zrozumiałeś?!

Po dopłynięciu do Grytviken 5 listopada załoga dowiedziała się, że warunki panujące na Morzu Weddella są bardzo niesprzyjające. Zważywszy, że zazwyczaj pogoda w tamtym rejonie była zła i że wypowiadali to doświadczeni na tych wodach wielorybnicy, dowódca wyprawy musiał rozważyć dalsze kroki.

W międzyczasie załoga sprzysięgła się przeciwko nawigatorowi i wmówiła mu, że na lądzie odbędzie się bal maskowy. Namówili go do ubrania się w prześcieradło i założenia na głowę pokrywki od czajnika przewiązanego wstążkami. Tak ubranego przewieziono na ląd i drżącego od arktycznego lodowatego wiatru skierowano do domu kierownika wielorybniczej faktorii. Rzeczywiście trwało przyjęcie, jednak nie maskowe. Zapewne jeszcze wiele lat później wielorybnicy opowiadali o tym wydarzeniu.

Shackleton zdecydował się zaczekać do 4 grudnia, jednocześnie czerpiąc wiedzę z doświadczenia miejscowych rybaków. Ci, próbowali całkowicie wyperswadować wyprawę, mówiąc, że przeprawa jest prawie niemożliwa. Upór podróżnika był jednak silniejszy i 5 grudnia o 8:45 podnieśli kotwicę.


Zapraszam do wpisu o jedynej bitwie II wojny światowej na kontynencie amerykańskim. O zajęciu terytorium USA przez Japonię i o krwawym odbiciu: Wyspy na końcu świata: Wojna na Pacyfiku


Pierwsze lody

Ich statek wyglądał bardzo osobliwie. W okolicach dziobu zostało rozlokowane sześćdziesiąt dziewięć psów, na śródokręciu leżała pokaźnych rozmiarów hałda węgla a nad tym wszystkim, na olinowaniu wisiała tona mięsa wieloryba. Krew ściekała na pokład doprowadzając i tak niespokojne psy do szaleństwa.

ShackletonKluczyli pomiędzy lodem przez dwa tygodnie, powoli przesuwając się coraz bardziej na południe. Tak dotrwali do Bożego Narodzenia. Wydana została uczta, na której załodze podano zupę, śledzie, duszonego zająca, pudding śliwkowy i słodycze, a zapijano to wszystko mocnym piwem i rumem. Następnie śpiewano pieśni i przygrywano na wyposażonych w jedną strunę własnoręcznie zbudowanych skrzypcach. Instrument ten stał się bardzo cennym przedmiotem, wykorzystywanym wielokrotnie podczas tej wyprawy i przechowywanym z największą ostrożnością.

Na początku stycznia pływający pak (wieloletnia lodowa pokrywa morska) schwytał Endurance, skutecznie zakleszczając go w swoim lodowym uścisku. Załoga codziennie bacznie śledziła, czy nie pojawiły się oznaki pęknięcia i nie formuje się korytarz przez który statek mógłby wypłynąć. Niestety, pak stał się zwartą lodową pokrywą, tak grubą, że nie było szans na wykucie drogi.

ShackletonPozostawało czekać na szansę, trzymać wachty i być w pogotowiu. Kilkukrotnie pojawiały się szczeliny w odległości kilkuset metrów od okrętu, niestety lód trzymał zbyt mocno. 31 stycznia spróbowano wykorzystać radio, które było w wyposażeniu. W roku 1915 nie było ono jednak popularne, przy tej wyprawie miało służyć jedynie do odbierania kodu Morse’a, podającego czas dla chronometrów i wiadomości na początku każdego miesiąca. Jednak wśród marynarzy było to urządzenie prawie bezużyteczne i nikt specjalnie się nie zdziwił, że próba była nieudana.

Na początku lutego dwa razy załoga próbowała wyrwać się z lodowych kleszczy, bezskutecznie. 14 lutego około 400 metrów od kadłuba otworzył się idealny korytarz wodny. Shackleton wydał rozkaz zwiększenia ciśnienia pary a reszta załogi z piłami i łopatami ruszyła do walki z lodem. Niestety, po przekopaniu około 1/3 drogi okazało się, że pozostały lód ma grubość od 3 do 5 metrów i nie ma szans na przebicie się. Zaprzestano walki aby oszczędzić siły załogi i węgiel.

 24 lutego 1915 roku Shackleton, zwany przez załogę Boss’em wypowiedział to, na co szykował się każdy z załogi. Nie było szans na wyrwanie się z lodu, zbliżała się noc polarna i najprawdopodobniej trzeba myśleć o przezimowaniu na pokładzie statku.

Noc polarna

Warto wspomnieć, że pomimo uwięzienia, wyprawa cały czas się poruszała – i to w dobrym kierunku. Płynący pak przesunął Endurance na odległość 96 kilometrów do zatoki Vahsel. Wydawało się, że jest w zasięgu nawet pieszego dotarcia. Jednak lód nie stanowił tak zbitej masy aby bezpiecznie przeprawić się po nim do stałego lądu. Łącznie, od końca lutego do początku maja zostali przewiezieni przez pak na odległość 209 kilometrów w stronę a następnie wzdłuż brzegu.

Endurance, 44 metrowy okręt tkwił otoczony prawie półtora miliona kilometrów kwadratowych lodu…

Antarktyczna podróż (Alfred Lansing)

ShackletonZałoga rozpoczęła przygotowania do zimowania. Obok statku, na krze zbudowane zostały zagrody dla psów oraz specjalne „igloo”, aby miały gdzie się schować w razie wichury. Załodze rozdano zimową odzież a oficerów i naukowców przeniesiono ze zwykłych pomieszczeń do kwater w ładowni. Nowa siedziba szybko została nazwana „Ritz”.

Ci, którzy nie brali udziału w przygotowaniach okrętu wyprawiali się na polowania. Okolica obfitowała w foki, które nieprzyzwyczajone do lądowego zagrożenia, pozwalały podejść na bardzo bliskie odległości. Dzięki temu, do 10 kwietnia udało się zgromadzić 2 tony mięsa i tłuszczu. Nie musieli się przejmować zepsuciem jedzenia, przy temperaturze -20 stopni mięso zamarzało błyskawicznie.

Stopniowo zaczęło do nich docierać mniej słońca, problemem stało się poruszanie po lodzie, w którym trudniej było ocenić odległość oraz wytrzymałość podłoża. Wkrótce półmrok został zamieniony na całkowitą ciemność, wyprawę ogarnęła noc polarna. Załoga szczęśliwie zdążyła się zżyć ze sobą do tego stopnia, że gdy zabrakło światła i charaktery stały się bardziej drażliwe nie dochodziło do spięć i waśni.

Baron M. de Gerlache, został uwięziony na pokładzie „Belgiki” na Morzu Weddella w roku 1899. Z nadejściem nocy polarnej załogę „Belgiki” ogarnęła dziwna melancholia. W miarę upływających tygodni z wolna zamieniła się ona w depresję, a potem w rozpacz. Z czasem stało się dla nich rzeczą niemożliwą skoncentrować się na czymkolwiek, a nawet zmusić się do jedzenia. Żeby uwolnić się od przerażających symptomów obłędu, jakie dostrzegli u siebie, zaczęli krążyć dokoła statku; trasę tę nazwano „promenadą wariatów”

Antarktyczna podróż (Alfred Lansing)

Załoga wyszukiwała sobie najróżniejsze zajęcia i zabawy, byle przeczekać trudny okres. Ritz szybko stał się centrum kulturalnym, gdzie schodzili się wszyscy słuchać opowieści, czytać na głos oraz śpiewać do muzyki wygrywanej na skrzypcach o jednej strunie. Bawiono się w sąd, oskarżając kogoś np. o „obrabowanie prezbiteriańskiego kościoła z guzika od spodni wyjętego z puszki na jałmużnę i użycia takowego w celach zasadniczych, a niecnych”. Załoga nie stroniła również od wszelkich żartów, których celem bardzo często stawał się kucharz. Ten jednak potrafił się odgryźć i np. zrobić urodzinowy tort z pocukrzonego balonu lub drewna przybranego lukrem. Ważnym elementem codzienności była opieka nad psami. W czasie, gdy nic innego nie było do pracy, możliwość nakarmienia lub tresowania psów była bardzo kusząca. Szybko nawiązywało się głębokie uczucie pomiędzy ludźmi a czworonogami. Również trenowanie psów, aby były gotowe do jazdy w zaprzęgu przynosiło dużo rozrywki. W czerwcu postanowiono przeprowadzić psie derby i przy blasku ognia ścigano się po lodowatej powierzchni. 22 czerwca obchodzono połowę zimy. Ritz został przystrojony a załoga na specjalnej scenie odgrywała sztuki teatralne.


Zapraszam do przeczytania o najbardziej podziurawionym miejscu świata, gdzie jeszcze 100 lat po bitwie można odnaleźć jej ślady – Najbardziej podziurawione miejsce świata


Lód atakuje

ShackletonRankiem 14 lipca temperatura spadła do 29 stopni, wiatr zmienił kierunek i zaczął mocniej wiać z prędkością około 110 km/h. Dochodził do tego mocny opad śniegu, wpychający się wszędzie gdzie był chociaż mały prześwit. W południe temperatura wynosiła już -36,5 stopnia. Sytuacja była o tyle niebezpieczna, że wiejący wiatr spychał kry na siebie, które popychały kolejne. Pojawiło się ciśnienie, moc, której obawiała się cała załoga. 21 lipca usłyszeli odgłosy spowodowane parciem lodu na południe i południowy zachód. 1 sierpnia przyszedł pierwszy atak bezpośrednio na okręt. Ten uniósł się dziobem do góry a następnie opadł z impetem, szczęśliwie kra pękła i statek uwolnił się z nacisku tej ogromnej siły. Lód napierał na statek do poranka dnia następnego. Najgorzej mieli ci z załogi, którzy spali przy lewej burcie – doskonale słyszeli jak 90 centymetrów od nich, lód trze o kadłub.

Kolejne ciśnienie przypadło 1 września i tym razem kadłub wytrzymał, chociaż zaobserwowano wygięcia belek wspornikowych. Załoga, wzmocniona wygranymi potyczkami z naturą zaczęła chwalić możliwości okrętu i wierzyć, że lód im nie straszny. Najniebezpieczniejszy atak przyszedł 24 października o godzinie 18:45. Ciśnienie wędrowało przez pak przypominając powolną falę spowodowaną wybuchem. Cała powierzchnia lodu zamieniła się w chaos wybijającego i tonącego lodu. Fala uderzyła w okręt, który zaczął przechylać się pod naporem wspinającego się na niego lodu. Dodatkowo pojawiły się przecieki w kadłubie i załoga cały czas musiała wypompowywać lodowatą wodę, zanim zamarznie i pociągnie całość na dno. Statek umierał a załoga ze wszystkich sił próbowała go utrzymać przy życiu.

W pobliżu okrętu pojawiły się pingwiny, przypatrywały się walce ludzi i „wyły”. Nikt z załogi – nawet antarktyczni weterani – nie słyszał nigdy przedtem, żeby pingwiny wydawały inne dźwięki oprócz zwykłego krakania. Marynarze przerwali pracę, a stary McLeod zwrócił się do Macklina: Słyszałeś? – spytał. – Żaden z nas nie wróci już do domu. Macklin zauważył, że Shackleton przygryzł wargi.

Antarktyczna podróż (Alfred Lansing)

Walczyli tak przez trzy dni, jednak cała załoga zdawała sobie sprawę, że wojnę przegrali. 27 października o godzinie 17 Shackleton wydał rozkaz opuszczenia okrętu. Załoga wymęczona wielogodzinną walką przyjęła to niemal z obojętnością. Odnotowano ostatnią pozycję okrętu – 69°5′ szerokości południowej, 51°30′ długości zachodniej na Morzu Waddella. Wrak jęczał i wyginał się pod naporem milionów ton lodu.

Bezdomni

Rozkaz opuszczenia Endurance przekreślał losy Imperialnej Transantarktycznej Wyprawy, rozpoczynał jednak inną wielką podróż – walkę ludzi o powrót do cywilizacji. Wymęczeni ludzie, z ulgą opuszczali wrak okrętu. Do rozbitych namiotów podciągali deski, płachty i padali wyczerpani. Inni, dla których nie starczyło materiałów spali na lodzi – najważniejsze było, że mogli odpocząć. ShackletonRozbitkowie znajdowali się w połowie drogi pomiędzy biegunem południowym a najbliższą osadą ludzką, oddaloną o jakieś 2000 kilometrów. Załoga potrzebowała nadziei i to dał im ich dowódca. Wskazał na oddaloną o 557 kilometrów na północny zachód maluteńką wysepkę Paulet. Na niej to w 1903 roku przetrwali rozbitkowie innej wyprawy. Gdy przybyła po nich pomoc, zdecydowano pozostawić tam pożywienie, aby może przydały się komuś w przyszłości. Dwanaście lat później, ta wiedza dawała nadzieję na uratowanie załogi Endurance. Planowali zabrać łodzie, odrobinę zapasów i nic, co zwiększałoby niepotrzebnie ciężar. Na lód rzucano wartościowe przedmioty, bibeloty, książki. Każdy miał prawo do kilograma rzeczy prywatnych, reszta miała zostać tutaj. Wyjątkiem byli chirurdzy, którzy mieli zabrać lekarstwa i narzędzia. Każdy, kto prowadził dziennik miał obowiązek zabrać go ze sobą. Nakazano również zabranie skrzypiec, które zostały zawinięte i złożone w łodzi ratunkowej.

Błagam Boga, żeby pozwolił mi doprowadzić całą wyprawą do cywilizacji.

Dziennik Sir Ernesta Shackletona

Trudną decyzją, którą jednak należało podjąć było zabicie nadliczbowej ilości psów. Zastrzelone zostały te, które były zbyt młode aby ciągnąć sanie oraz nieprzyuczone do tego. Karawana złożona z ludzi i psów ciągnących łodzie oraz zespołu torującego przejście ruszyła w swoją kolejną wielką wyprawę. Był to okropny marsz. Co kilkadziesiąt metrów należało wycinać w lodzie otwory, tak aby zmieściły się tam łodzie, przerzucać liny nad przerwami i mozolnie ciągnąc wszystkie swoje zapasy. Poruszali się jednak zbyt wolno, jak ocenił Shackleton, około 1,5 kilometra dziennie. Zwołał swoich ludzi i oznajmił im, że nie ma to całkowicie sensu i lepiej zatrzymać się w miejscu, w którym udało im się znaleźć stabilną, dużą krę. Przeczekają tak do momentu, gdy dryfujący lód przybliży ich do lądu.

Obóz Oceaniczny

Wydawać by się mogło, że spotkało ich najgorsze z najgorszych. Utknęli tysiące kilometrów od cywilizacji, odcięci najgroźniejszymi wodami świata.Shackleton Ich jedyna oznaka cywilizacji, okręt została zmiażdżona przez naturę. Zmuszeni zostali do życia na krze lodowej, smaganej huraganowymi wiatrami, traktowanej temperaturą w okolicach -30 stopni i narażonej na rozłamanie w każdym momencie. Jednak człowiek potrafi przystosować się do wszystkiego. Przejścia ostatnich tygodni, dramatyczna walka o statek a potem próba przebicia się do lądu spowodowały, że stabilizacja szybko stała się najlepszym co mogło ich spotkać. Szybko wzniesiono namioty, zagrodę dla psów, nawet wieżyczkę obserwacyjną. Wyznaczone zostały zespoły do zbierania wszystkiego, co przetrwało katastrofę Endurance. Pozostali skupiali się na remontowaniu i modernizowaniu łodzi, które miały posłużyć w przeprawie przez otwarte wody.

To był przemiły dzień i trudno wprost wyobrazić sobie, że znajdujemy się w straszliwie niebezpiecznej sytuacji.

Dziennik Macklina

12 listopada zmienił się wiatr i temperatura poszybowała do dodatnich 2 stopni. Zapiski w dziennikach wspominają, że wszyscy poczuli się jak w gorący letni dzień i można było spostrzec grupy golasów myjących się w śniegu i szorujących zęby „śniegową pastą”. Powróciły również przyzwyczajenia okrętowe, głośne czytanie, kluby dyskusyjne. Rozpropagowano również kulturę gry w brydża, do tego stopnia, że partia stała się widowiskiem dla całego obozu, a Ci, którzy nie przejawiali zainteresowania kartami, byli prawie wykluczeni z życia obozowego. Ludzie czuli się dobrze na swojej krze-domu. Oficjalnie została ona nazwana „Obozem Oceanicznym”, dumną placówką leżącą na  68°38,5′ szerokości południowej i 52°28′ długości zachodniej.

Znowu w drogę

Jednak Shackleton martwił się ich dalszymi losami. W przeciągu ostatniego miesiąca przebyli (a raczej ich kra) 1 stopień, 96 kilometrów. Musieli podjąć decyzję o próbie przebicia się na stały ląd teraz, gdy lód jest jeszcze zbity, lub czekaniu i oddaniu się na łaskę prądom morskim. Sir Shackleton należał do ludzi czynu, dlatego też oznajmił załodze, że 24 grudnia wyruszą w 322 kilometrową podróż na północny-zachód, w kierunku malutkiej wysepki na której, mieli nadzieję, znajdą pożywienie. Podróżować mieli nocami, gdy lód był twardszy a temperatura niższa. Po wyruszeniu, podróżnik wysłał na miejsce obozu jeden zaprzęg z misją, o której nie chciał by się dowiedziała reszta. Mieli oni pozostawić list w butelce, informującym o miejscu spoczynku Endurance, oraz o ich ostatnim położeniu i planowanej trasie. Kończyła się krótkim stwierdzeniem

Wszystko w porządku.

23.12.1915 Ernest Shackleton

Szczęście im jednak nie sprzyjało. Piekielna trasa, którą przebyli w pięć dni wypompowała wszystkie siły z załogi. Jednocześnie wichura, która rozpętała się chwilę po ich wyruszeniu, mogła spokojnie przepchać ich krę na taką odległość w niecały dzień. Niestety, nie było szansy powrotu do Obozu Oceanicznego – pęknięte kry skutecznie to powstrzymały.

Zaledwie po kilku dniach marszu zmuszeni zostali do zatrzymania się na kolejnej krze, już nie tak rozległej i wygodnej jak wcześniej. Dodatnie temperatury powodowały że brodzili w śnieżnej brei, każdy był przemoczony i nie było szans na wyschnięcie. Dodatkowo pojawiła się wizja głodu, gdyż musieli pozostawić znaczne zapasy przed ruszeniem w trasę. Teraz, gdy znowu osiedli, zaledwie kilka kilometrów od dawnego magazynu, musieli racjonować pożywienie. Nowe miejsce, nazwane zostało Obozem Cierpliwości.

Sytuacja poprawiła się w dniu, kiedy Orde-Leees, jeden z marynarzy został zaatakowany przez lwa morskiego. Po panicznej ucieczce z jednego końca kry na drugi i po powrocie, gdyż zwierze śledziło jego cień pod lodem udało się zastrzelić prawie 500 kilogramowego potwora. Wizja głodu została odsunięta.


Przeczytaj również o ostatniej wielkiej epidemii która spadła na umęczony Wielką Wojną świat. Zachorował na nią Walt Disney, prezydent USA, królowie, bogacze i 1/3 populacji świata.


Czekała ich jednak bardzo trudna decyzja. Shackleton nakazał zastrzelenie psów z 2 zaprzęgów, gdyż nie było opcji by miały być wykorzystane a należało oszczędzać jedzenie, nawet te psie. Właściciele psów kolejno brali je za zaspę śnieżną i strzelali im w głowę. Potem złożyli je w jedno miejsce i usypano im kopiec. Pozostałe psy, tymczasowo miały zostać zachowane – gdyby nadarzyła się okazja wyprawy do nieodległego Obozu Oceanicznego po zapasy. Później i one podzieliły los pozostałych zaprzęgów.

25 stycznia, nawigator wyprawy dokonał pomiarów, wg których znaleźli się na 65°32,5′ szerokości południowej, 52°4′ długości zachodniej i przesuwali się we właściwym kierunku. Wszyscy oczekiwali widoku otwartych wód lada dzień, musieli jednak uzbroić się w cierpliwość. Dopiero 9 marca poczuli coś co wprawiło ich serca w radość – rozkołys, unoszenie i opadanie wód oceanicznych!

Wyrywamy się!

Wraz z nastaniem rozkołysu powstało kolejne zagrożenie – jeśli pak pozostanie zamknięty to falujące kry będą kruszyć się o siebie, a było to śmiertelne zagrożenie dla mężczyzn wegetujących na jednej z nich. Nie będą mieli kry, która by ich chroniła a łodzie, spuszczone na wodę w takich warunkach zostałyby szybko zmiażdżone.

Rankiem 23 marca Shackleton wypatrzył w oddali tak wymodlony widok – ciemny kształt, ziemię. W oddali widzieli malutkie wyspy Danger Islands, leżące od nich w odległości 67 kilometrów. Po przepłynięciu kolejnych 32 dotarliby do wyspy Paulet, ich celu. Pierwszy raz, od 16 miesięcy widzieli czarną skałę, stały ląd.

Nadzieja wzrosła w ich sercach ale również i strach. Kra, na której się znajdowali, początkowo mierzyła 1,6 kilometra średnicy, teraz było to zaledwie 180 metrów. Byli już na otwartej wodzie, jednak dookoła pływały inne kry i góry lodowe, które łatwo mogły zniszczyć ich przystań. Cały czas płynęli na północ, raz miotani bardziej na zachód raz na wschód. Zależnie od tego, zmieniali cel swojej wyprawy z wyspy Paulet, na którą nie mieli szansy dotrzeć na wyspę Clarence albo Słoniową. Niespecjalnie mieli coś do powiedzenia, matka natura decydowała.

Cały czas wypatrywali możliwości spuszczenia szalup i ruszenia o własnych siłach. Jednak pak trzymał a rozkołys skutecznie zmniejszał im ich obóz. Dwa pęknięcia, jedno dokładnie przez rozbity namiot, doprowadziły do tego, że ich kra była trójkątem 90 na 110 na 80 metrów. Gdy i te rozmiary zmniejszyły się do średnicy 46 metrów Shackleton zarządził spokojnym głosem

Łodzie na wodę!

Błyskawicznie zrzucono łodzie i zapakowano mizerny dobytek. Trzy szalupy ruszyły z impetem przez otwartą ścieżkę wśród lodu. Pierwsze minuty były najważniejsze, jeśli tutaj schwyta ich pak, to zginął. Mimo odzwyczajenia się od wioseł, dusza żeglarzy pozostała – mimo wielomiesięcznego wyczerpania teraz dawali z siebie wszystko. Pływające kawałki lodu łamały wiosła, Ci, którzy nie nadawali prędkości, stali przy dziobie i odpychali to, co mogło zdruzgotać malutkie łódki.

Po kilkudziesięciu minutach walki udało się wyrwać z granic paku, pierwszy raz od prawie 2 lat byli wolni i sami decydowali o swoim losie. Trzy łodzie płynęły otwartym oceanem. Był to 9 kwietnia 1916 roku.

Ku stałem lądowi

Pierwszym, co ich przywitało były ptaki, ogromne ilości wszelkich gatunków, gołębi, fulmanów, srebnoszarych i śnieżnych patreli. Było ich tak wiele, że padał na nich deszcz ptasich odchodów. Dodatkowo musieli uważać na wieloryby, które przypadkowo mogły wynurzyć się albo zanurzyć na łódkę i delfiny szablogrzbiete – które z chęcią zapolowałby na te dziwne foki.

Pozycja miejsca, gdzie wodowali łodzie, wynosiła 61°56′ szerokości południowej i 53°56′ długości zachodniej; znajdowało się ono w pobliżu wschodnich krańców tak zwanej Cieśniny Bransfielda. Cieśnina ta ma około 322 kilometrów długości i 96 szerokości i leży między Półwyspem Palmera a Szetlandami Południowymi. Łączy niebezpieczną Cieśninę Drake’a z wodami Morza Weddella i stanowi zdradliwe miejsce.

Antarktyczna podróż (Alfred Lansing)

Cieśnina Bransfielda została odkryta w 1825 roku. W roku 1916 wiedza ludzi na temat tych wód niewiele się rozszerzyła, nawet w dzisiejszych czasach „Wskazówki Żeglarskie dla Antarktydy” wydawane przez Departament Marynarki USA wspomina, że dane o tych wodach są „skąpe”.

W momencie uwolnienia się z paku, w łodzie uderzył wiatr i wysokie, załamujące się fale. Zalewały pokład lodowatą wodą a igły mrozu przeszywały odsłonięte twarze. Odzwyczajeni żeglarze zwijali się w przemokniętych śpiworach, nękani chorobą morską.

Shackleton
Wyspa Słoniowa

Trzy dni później, 12 kwietnia udało się złapać odrobinę słońca i określić ich położenie. Znajdowali się 62°15′ szerokości południowej, 53°7′ długości zachodniej, 200 kilometrów od Wysp Króla Jerzego, 98 od Wyspy Clarence. Było to 35 kilometrów dalej niż w momencie wodowania łodzi w Obozie Cierpliwości.

Do wyspy Clarence udało im się dotrzeć dzięki dobremu nastawieniu wody. Rzucała ona nimi we wszystkich kierunkach, drwiąc z prób utrzymania kursu. Gdy po kolejnej nocy walki, zmęczeni żeglarze popatrzyli na horyzont, zobaczyli szczyt Wyspy Clarence a obok niej Wyspę Słoniową. Wszyscy gratulowali nawigatorowi, który zdrętwiały z zimna ledwie mógł się ruszyć.

Skaliste wyspy nie były przyjaznym brzegiem. Wysokie klify nie pozwalały na bezpieczne wylądowanie i dopiero po długich poszukiwaniach, udało im się znaleźć skrawek plaży szeroki na 50 metrów. Cena za tą wyprawę była wielka – Odmrożenia palców stóp i nóg, wyczerpanie organizmów, przemarznięcia , jeden zawał serca i odleżyny. Byli jednak na stałym lądzie, pierwszy raz od 497 dni.

Misja ratunkowa

Stali nareszcie na czymś, co nie mogło zatonąć, roztopić się ani przełamać. Dopiero teraz poczuli, w jak wielkim napięciu żyli przez ten cały okres. Kucharz odpalił ich przenośny palnik i zaczął przygotowywać steki z foki, dla każdego tyle ile da radę zjeść. Wszyscy jedli do syta a następnie padli ze zmęczenia. Na drugi dzień Shackleton pozwolił każdemu wyspać się według potrzeby – mieli prawo i zasłużyli.

Shackleton
Rozbitkowie na Wyspie Słoniowej

Poszkodowanych złożono w namiocie i ze wszystkich sił walczono o każdy odmrożony palec. W najgorszej sytuacji był pasażer na gapę, który przez całą podróż z kry na wyspę nie używał zimowych butów tylko morskie. Lekarz pokładowy walczył, by rozwinęła się u niego gangrena sucha, gwarantowało to bezpieczną operację.

Shackleton zdawał sobie sprawę, że nie jest to cel ich wyprawy i nie mogą zaprzestać podróży w poszukiwaniu ratunku. Dlatego też, 20 kwietnia zwołał swoich ludzi i oznajmił im, że wraz z 5 członkami załogi uda się najzwrotniejszą łodzią do Georgii Południowej, portu wielorybniczego z którego wypłynęli 2 lata temu.

Istniały trzy możliwe warianty. Najbliżej leżał Przylądek Horn, na Ziemi Ognistej, położonej około 800 kilometrów na północny zachód. Następnie osiedle Port Stanley na Wyspach Falklandzkich oddalonych o jakieś 890 kilometrów prawie dokładnie w kierunku północnym. Wreszcie była jeszcze Georgia Południowa, leżąca trochę ponad 1300 kilometrów na północny wschód. Chociaż odległość do Georgii Południowej wynosiła przeszło połowę więcej niż do Przylądka Horn, warunki atmosferyczne sprawiały, że był to wybór najrozsądniejszy.

Antarktyczna podróż (Alfred Lansing)

Pozostali rozbitkowie mieli czekać na ich powrót z pomocą. Aby przetrwać ten okres wznieśli schronienie na plaży, z kadłubów dwóch pozostałych łodzi, kamieni i uszczelnione błotem.

1300 kilometrów

Shackleton
Szóstka śmiałków wyrusza

Shackleton wraz z towarzyszami malutką łodzią ruszał na najgroźniejsze wody świata. Mieli przepłynąć przez miejsce, gdzie wiatr potrafił wiać z mocą 240-320 kilometrów na godzinę. Na tej szerokości, morze „opasuje” całą kulę ziemską bez naturalnych przeszkód jak ląd. Fale, rozpędzane na całym obwodzie planety, zwane „grzywaczami z Przylądka Horn” są najpotężniejszymi na świecie. Ich długość od grzbietu do grzbietu ma przeszło 1,6 kilometra a wysokość nawet do 20 metrów. Najgorsze jest to, że przybywają prawie bezszelestnie, zdradza je jedynie syk piany morskiej.

Shackleton
Georgia Południowa, Fortuna Glacier

Zalewani lodowatą wodą walczyli o to, by odkuć łódź przed tym zanim ciężar pociągnie ją na dno. Często mijała im na tym cała noc, przy zamarzniętym ubraniu i dłoniach, którymi nie można nic chwycić. Na domiar złego, okazało się, że beczki z wodą pitną, którą zabrali ze sobą zawierają zasoloną wodę. Do końca podróży musieli jeść i pić mocno przesolone jedzenie.

Cała ich tułaczka po morzu trwała do 9 maja, gdy ich oczom ukazała się Georgia Południowa. Boska opieka i nadzwyczajne umiejętności nawigacyjne doprowadziły do tego, że w ogromnym oceanie malutką łódką udało się wcelować bezbłędnie w równie niewielką wyspę.

Georgia Południowa nie była dobrze zbadaną wyspą. Znano jej linię brzegową, jednak tylko powierzchownie. Dobrze przestudiowane obszary ograniczały się tylko do okolicy portu wielorybniczego. Środek wyspy nie doczekał się jeszcze śmiałków, którzy zdecydowaliby się przemierzyć krainę sterczących skał i lodowców.

Żeglarze potrzebowali kolejnego dnia aby ominąć otaczającą rafę i znaleźć miejsce, gdzie bezpiecznie mogli wylądować. Szczęśliwie jednak, 10 maja, po 522 dniach stanęli ponownie na ziemi, z której wyruszyli.

Jeszcze jeden wielki czyn

Niestety, pomimo ogromnego szczęścia, które pozwoliło im na dotarcie na wyspę nie udało im się wylądować w porcie. Znaleźli malutką zatoczkę, do której przybili. Byli tak zmordowani podróżą, że nie mieli sił na wciągnięcie łodzi na ląd. Gdy pięciu spało, regenerując siły, jeden czuwał, pilnując aby łódź nie odpłynęła lub roztrzaskała się o brzeg. Niestety, niezupełnie się to udało i przy którymś rzuceniu o skały strzaskany został ster.

Nie pozostawało nic innego jak ruszyć w nieznane i przejść 47 kilometrów w linii prostej przez nieznaną wyspę. Shackleton zadecydował, że zabierze ze sobą dwóch ludzi, a pozostała trójka, będzie pilnować łodzi i czekać na ratunek.

Przed wyruszeniem podróżnik zostawił wpis w dzienniku jednego z ludzi, którzy pozostawali na plaży. Świadczy o tym, że nie był pewien czy ich misja zakończy się sukcesem.

18 maja, 1916, Georgia Południowa Wyruszam, żeby spróbować dotrzeć do Hussvik70 na wschodnim wybrzeżu wyspy po pomoc dla naszej grupy. Powierzam panu komendę nad partią składającą się z Vincenta, McCarthy’ego i pana samego. Pozostaniecie tutaj aż do przybycia pomocy. Macie pod dostatkiem mięsa z fok, które możecie uzupełniać ptakami i rybami, zależnie od waszej zręczności. Zostawiamy wam dubeltówkę, 50 nabojów (i inne zapasy)… Macie również wszelki potrzebny sprzęt, żeby zapewnić sobie przeżycie przez okres nieograniczony, w wypadku gdybym nie wrócił. Najlepiej będzie, jeśli po minięciu zimy spróbujecie pożeglować dokoła wyspy na wschodnie wybrzeże. Kurs, jaki biorę na Hussvik, to wschód magnetyczny. Mam nadzieję uratować was w ciągu paru dni. Z poważaniem E.H. SHACKLETON

Zabrali ze sobą po 6 racji żywnościowych. Zrezygnowali ze śpiworów i dodatkowej odzieży – to miało być błyskawiczne 47 kilometrów, bez niepotrzebnego zwlekania. Było też ogromnym ryzykiem, gdyż zabić ich mogła minusowa temperatura oraz śnieżyce, jedne z najgorszych na świecie.

Shackleton
Georgia Południowa – wnętrze wyspy

Otarli się o śmierć, forsując jeden ze szczytów. Zamiast łagodnego zejścia po drugiej stronie okazało się, że czeka na nich przepaść. Sytuacja zrobiła się o tyle niebezpieczna, że temperatura gwałtownie spadała i gdyby pozostali na górze, groziło im zamarzniecie. Problem był jednak taki, że schodzili zdecydowanie zbyt wolno, nie było szans by uciekli przed mrozem i mgłą, która stopniowo wszystko ogarniała.

Z opresji wybawił ich Shackelton. Szybko przedstawił szalony plan zjazdu z góry, w nieznane. Argumentował to w bardzo prosty sposób – zostają, zginą, jak zjadą – może przeżyją. Połączyli się w „pociąg” z ludzkich ciał i odepchnęli się nogami. Szalony zjazd zakończył się 600 metrów niżej, w zaspie – byli uratowani.

Szli całą noc, wiedząc, że jeśli się zatrzymają to już nie uda im się ruszyć.

Ruszył w dół i wtedy właśnie posłyszał dźwięk. Był daleki i słaby, mógł to być jednak gwizdek maszyny parowej. Shackleton wiedział, że jest mniej więcej 6.30 rano, pora, kiedy zwykle budzono ludzi na stacjach wielorybniczych. Zrobiła się 6.50… potem 6.55. Nie śmieli oddychać, bojąc się narobić hałasu. 6.58… 6.59… Z dokładnością co do sekundy doszedł ich w rzadkim porannym powietrzu odgłos gwizdka. Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się. Potem bez słowa uścisnęli sobie dłonie.

Po 17 miesiącach od grudnia 1914 roku usłyszeli odgłos cywilizacji. Wiedzieli już, że dotarli, że wykonali swoje zadanie.

Zmierzając w stronę pierwszych zabudowań, z których wychylali się zaskoczeni wielorybnicy trzech mężczyzn zaczęło myśleć o tym, nad tym, nad czym nie zastanawiali się od bardzo dawna. Ich długie brody, zlepione tłuszczem fok i lodem, włosy do ramion, białe od soli twarze i poszarpane ubrania nagle stały się czymś krępującym. Jeden z nich, wyciągnął cztery zerdzewiałe agrafki, które trzymał w kieszeni i zaczął spinać co większe dziury w spodniach.

Ratunek

Trzech żeglarzy czekających na plaży zabrano 3 dni później. Gdy zobaczyli swoich przyjaciół ogolonych, ostrzyżonych i w nowych ubraniach, mieli problem z ich rozpoznaniem. Trudniej było z uratowaniem reszty, która pozostała na Wyspie Słoniowej. Shackleton z kompanami trzy razy wyprawiał się w rejs, nie mógł jednak pokonać lodu pływającego dookoła wyspy. Dopiero trzy miesiące później, 30 sierpnia dopłynął do obozu. Po czterech miesiącach i sześciu dniach od wyruszenia, wracał po swoich ludzi.

Shackleton
„Wszyscy cali”

Zobaczywszy zbliżający się okręt, ludzie w obozie wylali cały tłuszcz i olej do paleniska, aby dać sygnał dymny. Efektem był całkiem porządny pożar. Na zbudowany przez nich maszt wciągnęli również czarną kurtkę, która zaklinowała się w połowie drogi. Załoga statku zinterpretowała to jako, że nie wszyscy przeżyli. Szczęśliwie i wręcz niemożliwie, Shackleton przeprowadził przez całą wyprawę wszystkich swoich ludzi, żywych.

Stałem na pokładzie i patrzyłem, jak Wyspa Słoniowa znika w oddali… Mogłem jeszcze dojrzeć moją kurtką Burberry, powiewającą w podmuchach bryzy na zboczu wzgórza – niewątpliwie będzie tam łopotać ku zdumieniu mew i pingwinów, aż jeden z naszych znajomych wichrów rozedrze ją na strzępy!

Dziennik Macklina

Dopiero w 1955 roku udało się  Georgię Południową, kolejnej wyprawie. Różniła się ona znacznie od trzech śmiałków. Składała się z doświadczonych alpinistów, wyposażonych w czas, jedzenie, siły i sprzęt. Udało im się pokonać trasę łatwiejszą. Shackleton pokonał trasę trudniejszą mając 15 metrów liny i jedną siekierkę.

Źródła

  • Oryginalne zdjęcia autorstwa Frank Hurley (1885–1962) – Digital Collections of the National Library of Australia
  • Antarktyczna podróż Sir Ernesta Shackletona

Zostaw po sobie ślad!