Jak to wybuchy i kosmici rozgościli się w kinie

Efekty specjalne w kinie są już codziennością. Często film składa się tylko z nich, dając maksymalny poziom rozrywki przy niespecjalnie dużej potrzebie budowania fabuły czy postaci. Wydaje się jednak, że po długim okresie dodawania ich wszędzie gdzie się da, publiczność powoli staje się zmęczona ich nasyceniem. Twórcy zauważają te reakcje i powoli je stopniują – wracając do ich pierwotnej roli, bohatera drugiego a nawet trzeciego planu, ubogacającego ale nie dominującego. Jak wygląda ich droga, co było początkiem i w którym kierunku zmierzają? 


Prehistoria

W 1902 roku raczkująca kinematografia wykonała jeden z licznych milowych kroków w swojej historii. Nakręcony został film „Podróż na księżyc” w którym jako jednym z pierwszych wykorzystano efekty specjalne. Nie były powalające, patrząc okiem współczesnego widza zabawne, ale to właśnie one stały się podstawą dla całego przemysłu efektów specjalnych. Gliniany księżyc, kukły i wycięte klatki – tak wyglądał początek.

Jedna z anegdotek mówi, że początek efektów specjalnych to rok 1897 kiedy to kamera Alexandre Promio zacięła się na kilkadziesiąt sekund gdy filmowano ruch uliczny w Paryżu. Podczas odtwarzania nagrania okazało się, że idący mężczyzna zamienia się w kobietę a zaprzęg w karawan.

Wraz z rozwojem kina efekty stawały się coraz to lepsze. W 1925 roku reżyser filmu „Zaginiony świat” musiał wydać oświadczenie, że dinozaury wykorzystane podczas zdjęć były kukłami i nie są to żywe organizmy.

Kino czerpało wiedzę wypracowaną przez starszego jej brata – fotografię. To właśnie od niej zapożyczono metodę podwójnej ekspozycji. Technika ta polegała na tym, że część taśmy była zakrywana, tzw. maską. Dzięki czemu nie była ona naświetlana. Po nakręceniu połowy sceny np. rozmowy aktora ze swoim duchem maska była przesuwana na część już naświetloną, aktor przesuwał się w miejsce gdzie miał stać duch i odgrywano scenę jeszcze raz – w efekcie były dwie sceny w tym samym momencie.

Oczywiście nie tylko fotografia przyczyniła się do rozwoju kina. Wiele ciekawych rozwiązań zaczerpnięta została z teatru, gdzie efekty specjalne działy się na scenie, bez późniejszej obróbki czy powtórek. Zapadnie, podczepianie na linach czy niezwykła sceneria szybko zostały zaadaptowane przez reżyserów.

No właśnie, sceneria. Do momentu, kiedy odpowiedzialność za generowanie otaczającego świata przejęły komputery, wszystko tworzone było fizycznie. Przykładowo w filmach „King Kong” czy „Deluge” budowane były całe miniaturowe miasta, dodatkowo w różnych skalach (niektóre wieżowce Nowego Yorku miały wysokość 2 metrów).

Miniaturowe Gwiezdne Wojny

Kolejnym wielkim krokiem wykonanym tym razem przez Georga Lucasa i jego zespół było nakręcenie „Nowej nadziei”, pierwszego filmu sagi Gwiezdne Wojny. Powstał w 1977 roku i przez krytyków błyskawicznie został okrzyknięty arcydziełem.

Co ciekawe początki wcale nie były takie łatwe. W latach 70 XX wieku w Hollywood rządziły zasady tworzenia filmów jak najbardziej oddających rzeczywistość. Ekipy zajmujące się tworzeniem efektów specjalnych były niedoceniane a dodatkowo bardzo drogie. Lucas nie mógł znaleźć ludzi, którzy spełnialiby jego wymogi, jednak nie poddał się. Koniec końców postanowił, że sam stworzy taki zespół i założył firmę „Industrial Light & Magic”. Grupa zapaleńców sprawdziła się i zagościła w branży filmowej stając się z upływem czasu legendą.

Wielu doświadczonych specjalistów od efektów, po przeczytaniu scenariusza „Nowej nadziei” odrzucała ofertę mówiąc, że się tego nie da zrobić. Lucas zatrudnił zatem młodych ludzi, którzy nie mieli może umiejętności ale cechowali się szerokimi horyzontami. Dzięki temu „nie da się zrobić” okazało się wykonalne.

Historia sagi to równocześnie historia efektów specjalnych. Na przestrzeni 35 lat miniaturowego Sokoła Milenium zastąpiła jego cyfrowa wersja, planety nie są już podwieszonymi kulami a wybuchy dzieją się tylko na ekranie.

Nie zmienia to faktu, że łączenie wielu ujęć w jedno, wykorzystywanie niebieskiego tła oraz animowanie robotów poprzez przestawianie im nóg i wznawianie nagrywania miało swoją magię. Jednocześnie jednak, zauważa się różnicę lat i możliwości pomiędzy starą a nową trylogia.

I trochę szkoda, że w korpusach R2-D2 i C3Po nie siedzą już aktorzy a po ekranie przemykają cyfrowe wizje kosmitów a nie przebrani aktorzy. Niby lepiej to wygląda ale nadal szkoda.

Warto tutaj wspomnieć, że aktorzy wcielający się w dwa znane wszystkim fanom roboty brali udział w kręceniu wszystkich części Gwiezdnych Wojen.

Wybuchowo i ryzykownie

Późne lata 70 i początek 80 to przełomowy okres w efektach specjalnych. Obok wspomnianych już Gwiezdnych Wojen do kin trafia „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” oraz „Poszukiwacze zaginionej arki”. Oba filmy eksperymentowały z kamerą i efektami specjalnymi.

W „Obcym” scena w którym kosmita wygryza się przez klatkę piersiową jednego z członków załogi przeszła do kanonu efektów. W rzeczywistości aktor miał założoną specjalną konstrukcję, z której wysuwał się sztuczny alien.

Ciekawym zabiegiem potęgującym efekt wielkości było wykorzystywanie dzieci przy kręceniu scen w skafandrach kosmicznych.

W „Arce” podczas kulminacyjnego momentu, gdy zostaje otworzony artefakt głowa jednego z oficerów dosłownie eksploduje. Zespół miał sporo zabawy eksperymentując z wysoką temperaturą na plastikowej kukle i żelatynie. Krążące dookoła duchy były w rzeczywistości lalkami na tyczkach ciągniętymi w wodzie – dla lepszego efektu

Przy produkcji Arki działało również studio Industrial Light & Magic, które przecierało szlaki, dając innym przykład, że efekty ubogacają kino i warto z nimi współpracować.

Były to lata szczęśliwego odkrywania możliwości kina, improwizowania i tworzenia standardów – spontaniczność i otwartość umysłów powodowała, że efekty specjalne zdobywały swoją renomę.

Kino bez aktorów

Każdy reżyser jest w pewien sposób stworzycielem. Ma możliwość zmieniania światów, rzeczywistości i prezentowania ich widzom w ten sposób, w który sobie wymarzy. Jednym z zabiegów, który zawsze był bardzo ważny było modyfikowanie miejsca w którym znajduje się aktor lub osób, z którymi rozmawia.

Wstawianie aktorów do scen, które nie wydarzyły się to już klasyka kina. Jednym z najbardziej znanych jest spotkanie Foresta Gumpa z JFK czy Nixonem. Edytowane są stare nagrania, wycinane postacie i wstawiane w kompletnie nowe realia. W ostatnim czasie kino pokonało również śmierć, ożywiając aktorów.

W 2000 roku do kin wszedł film „Gladiator” opowiadający o trudnych losach byłego rzymskiego generała Maximus. Jedną z osób, które spotyka na swojej drodze jest czcigodny Proximo, jego opiekun. Podczas kręcenia zdjęć Oliver Reed, odgrywający jego rolę zmarł na zawał serca. Reżyser zdecydował się na dokończenie zdjęć z tym aktorem, dlatego w późniejszych scenach widzimy jego cyfrową postać, odtworzoną na potrzeby filmu

W ostatnich latach najsłynniejszym ożywionym w ten sposób aktorem był Paul Walker grający w „Fast and Furious”. Aby udał się ten zabieg do dokończenia filmu zaproszono braci aktora, wykorzystano nagrania z wcześniejszych filmów oraz zbudowano jego komputerową postać.

Wstęp do czegoś wielkiego

Pojęcie tylnej projekcji znane jest w kinie od bardzo dawna. W czasach, gdy urządzenia rejestrujące dźwięk nie były jeszcze doskonałe każdy nieoczekiwany odgłos psuł scenę. Dlatego często decydowano się na nagrania w wyciszonym pomieszczeniu z ekranem za plecami aktora. Dzięki temu dźwięk był czysty a scena z tyłu „naturalna” (często widać to np. podczas jazdy samochodem).

Metoda ta wyewoluowała w używany w efektach specjalnych green screen, zielone przesłonięcie sceny, gdzie w późniejszym czasie nakładane są efekty komputerowe – ale o tym co to wniosło do kina trzeba napisać kompletnie oddzielny artykuł.

Dokąd?

Jak wspomniałem na początku, kino chyba przesadziło z efektami specjalnymi. Zbyt wiele, mocno i czytelnie. Smak efektów specjalnych, dodających mocy przesłaniu które oferuje film został gdzieś zatracony. Przykładem odwrócenia się tendencji jest ostatni remake Mad Max’a. Reżyser oczywiście nie mógł zrezygnować całkowicie z efektów specjalnych, jednak ograniczył je na ile mógł, pozostawiając sobie pole do popisu przy wysadzaniu ciężarówek, walkach na platformach i ryzykowaniu zdrowiem kaskaderów.

Drugim przykładem jest kino nasze, rodzime. Zaskoczeni? Efekty specjalne towarzyszą i naszym reżyserom, dobrze wiedzą że coś takiego istnieje i je wykorzystują. Polskie kino różni się od zachodniego, nasi twórcy stawiają na przesłanie, grę aktorską. Ubogacenia efektami są delikatne, niezauważalne – tak jak to było u początku.

A na koniec

Podczas kręcenia sceny z kobrą, Harrison Ford rzeczywiście miał to zwierze kilka centymetrów od siebie, szczęśliwie za szybą. Kamera została ustawiona w taki sposób, aby nie było tego widać (a jednak widać – w pewnym momencie odbija się od niej światło lampy).

Pamiętacie scenę w „Poszukiwaczach zaginionej arki” kiedy na rynku na Jonesa wyskakuje mężczyzna z wielkim mieczem? W pierwotnym planie miał to być rzeczywiście pojedynek, jednak Harrison Ford cierpiał w tamtym czasie na biegunkę i po kilku dość nieudanych próbach zausugerował

A może zwyczajnie zastrzelę gnoja?

I tak przypadkowa scena stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych.

Źródła

 

Follow my blog with Bloglovin

Zostaw po sobie ślad!