Z przerdzewiałych rur jeszcze kapał olej, nie przeszkadzało to jednak w cięciu jej przy użyciu palnika. Ubrany w szorty, niedopasowane rękawice i okulary spawalnicze młody mężczyzna kolejno rozczłonkowywał ogromny szkielet. Świeżo ucięty kawał stali zleciał kilkanaście metrów do dołu, uderzając w zwały błota. Spawaczowi towarzyszyły podobne postacie, systematycznie rozczłonkowując olbrzyma.

Jedna z legend, mówi, że w latach 60 XX wieku Bangladesz nawiedził ogromny cyklon, który wyrzucił statek na pobliską mieliznę. Miejscowi przez kilkanaście dni przychodzili, patrzeć na niego. Wreszcie, gdy pewnym było, że konstrukcja sama się nie usunie, ludzie zabrali sprzęt i go rozmontowali, pozyskane części sprzedając.

Do około lat 70 XX wieku, złomowanie statków i pozyskiwanie z nich cennych elementów było dochodowym interesem, prowadzonym w Europie i Ameryce Północnej. Jednak wzrost świadomości ekologicznej, bogacenie się społeczeństwa oraz śrubowanie norm spowodowały, że ta gałąź przemysłu przeniosła się do Azji Południowej. Tam nadal można korzystać z taniej siły roboczej i nie przejmować się rygorystycznymi regulacjami. Biedne kraje również nie marudzą, gdyż ta działalność jest znaczącym wkładem w gospodarkę państwa.

Bangladesz
foto: Stéphane M. Grueso „Shipwreck-7” Bangladesz

Dzisiaj przemysł stoczniowo-rozbiórkowy w Chittagong (Ćottogram) mieście leżącym nad Zatoką Bengalską,  zatrudnia około 20 000 ludzi w 30 stoczniach, rozsianych na niewielkim około 20 kilometrowym skrawku wybrzeża. Dają one pracę, wyżywienie i nadzieję, na poprawienie swojego losu. Obok dorosłych mężczyzn pracują również mali chłopcy, po 12-14 lat. Bieda zmusza rodziców do wysłania ich dzieci do pracy. Najmłodsi wykonują prace porządkowe, zbierają złom, azbest, oczyszczają rozmontowane wyposażenie oraz przyuczają się przy rozbiórce.


Przeczytaj również: Pancho Villa, terrorysta czy bohater. Walczył o wolność swojego kraju, najechał terytorium USA, zaatakował jedno z miasteczek. W ślad za nim ruszyło wojsko amerykańskie. 


Statek, skazany na rozbiórkę podpływa w kierunku wyznaczonej stoczni. Wcześniej został oczyszczony z rzeczy załogi, a zbiorniki prawie całkowicie opróżnione. Przedstawiciele firmy rozbiórkowej kierują dziób na szpaler bambusowych tyczek z powiewającymi flagami. Wyznaczają one miejsce, gdzie po raz ostatni zatrzyma się statek. Na ile się da, podpływa do brzegu na mocy swoich silników. Kiedy zacznie dotykać dna, do dzieła ruszą zgromadzeni dookoła pracownicy. Muszą się śpieszyć, statek powinien zostać wciągnięty jak najdalej przed zakończeniem przypływu. Dziesiątki ludzi oblepionych błotem wspólnie z wysięgnikami ciągnie za stalowe liny i łańcuchy, mozolnie przesuwając się o centymetry.

Każdy statek jest rozbierany kawałek po kawałku, aż do momentu, kiedy nic z niego nie pozostanie. Rozpoczyna się od usunięcia wszystkich elementów wyposażenia, olinowania, elementów, które można wymontować bez większych problemów. Przeniesieniem ich z miejsca rozbiórki do składu zajmują się niewykwalifikowani robotnicy. Codziennie dźwigają na swoich plecach części statku, np stalowe liny ważące po 4-5 ton. Oczyszczony okręt jest rozczłonkowywany, ucina się mostek, następnie kroi kadłub na plastry – które są odciągane na brzeg i tam rozcinane na mniejsze części. Te, trafią za jakiś czas do hut, rozpoczynając drugie życie.

Bangladesz
foto: Stéphane M. Grueso „Shipwreck-23” Bangladesz

W stoczniach Bangladeszu rozbiera się ponad połowę przestarzałych statków, z całego świata. Rocznie rozkładanych jest ponad 200 jednostek, a uzyskane z nich surowce stanowią ponad 80% całego krajowego zapotrzebowania na metale. Nic nie jest marnowane, wykręca się żarówki, skuwa płytki, rozmontowuje sanitariaty. Wszystkie te elementy trafiają później do ciągnących się przy stoczniowej drodze warsztatów zajmujących się odzyskiwaniem surowców wtórnych. Daje to zatrudnienie kolejnym dziesiątkom tysięcy ludzi, którzy bez tego chodziliby głodni. Wyposażenie sprzedawane jest na specjalnych aukcjach. Można tam kupić prawie każdy element jednostki – od elementów mesy po silniki i generatory.


Przeczytaj również: 102 dni gehenny Arcturusa. Walka ze sztormem, ogromnymi falami, trzy miesiące bez silników. Polskie kutry były obecne na wszystkich morzach świata i miały zadziwiające przygody.


Większość ludzi, pracujących przy rozbiórce pochodzi z północy kraju, najbiedniejszej części Bangladeszu. Dla mężczyzn z tamtych regionów, praca przy rozbiórce statków jest marzeniem, gwarancją zarobków, jedzenia dla siebie i rodziny. Często całe wioski jadą na południe, wysyłając rodzinom zarobione pieniądze. Odwiedzają ich, w miarę możliwości, co kilka miesięcy. Mieszkają przy stoczni, w zbitych z blachy falistej szopach. Myją się, piorą i czerpią wodę z pobliskich rzek i zbiorników, których kolor zbliżony jest do kawy z mlekiem. Każdy z nich ma swoje marzenia, zakup rikszy i wyrwanie się ze stoczni, oszczędzenie pieniędzy i otworzenie sklepiku czy zabranie niewidomej córki do lekarza, pierwszy raz w życiu…

Bangladesz
foto: Stéphane M. Grueso „Shipwreck-56” Bangladesz

Praca przy rozbiórce jest bardzo niebezpieczna. Robotnicy nie mają odpowiednich kombinezonów, rękawic, kasków. Te ostatnie pojawiły się dopiero niedawno, ale i teraz stanowią towar deficytowy. Wielu z nich godzinami spawa bez okularów, wdychając trujące opary.

„Jak przyłożę do skóry magnes, to on nie spada”

Ciała robotników są tak nasycone drobinkami metali. Znajdują się we włosach, skórze, płucach, wszędzie.

Co tu mówić o brakach w wyposażeniu jak większość z nich nie ma nawet butów. Spadające kawałki, ostry metal, złamania. Wszystko to powoduje, że rocznie ginie w tych stoczniach od 20 do nawet 30 robotników. Nikt nie wspomina o późniejszych powikłaniach związanych np. z ręcznym usuwaniem azbestu.

Za swoją pracę otrzymują około 25$ miesięcznie.

Bangladesz
foto: Stéphane M. Grueso „Shipwreck-16” Bangladesz

Zostaw po sobie ślad!